"nie zatopi mnie
pokusa, ani strach".
Tyle wiem.
poniedziałek, 1 września 2014
piątek, 29 sierpnia 2014
Poranne spotkanie z panią doktor w zastępczym gabinecie –celi, szpitala pogrążonego w remoncie jak z filmu Barei. Pani doktor była podstawioną albo bardzo pijaną słabą aktorką albo chorą na demencję. W każdym razie na pewno nie była po studiach medycznych. Byłam bezwglednie wymagająca. Nie byłam miła. A i tak dostałam nic.
A potem, jak wyszłam, czując swoją bezradność, zachciało mi się wyć. Nad naszym losem Polaków bez koneksji, korzystających z publicznej służby zdrowia. Polska, jak ja kocham ten kraj...
Później autobus. Klima???!! Wilgotny od potu i pary wodnej, rozgrzany tarciem o siebie obcych, lepkich i ciepławych ciał ludzkich, wypełniony kwaśną mieszanką potu, dezodorantów, rozdraznienia i zniecierpliwienia. Zacisnęłam zęby i pięści, rower zostawiłam w pracy.
Potem rozpruło się granatowe niebo, wypadły z niego strugi deszcu i w lesie zrobiły błoto.
Jechałam po rower przez pol miasta, żeby wieczorem móc dołaczyć do fajnego rowerowego planu: żoliborz-młociny-łomianki, z przeprawą przez Wisłę. Zacieszałam jak głupia od tygodnia na tę jazdę. Na miejsce zbiórki dojechałam z jezykiem na chodniku, schlapana, ale udało się, zdązyłam. Chwilę póxniej okazało się, ze w tylnim kole mam powietrza tyle co nic. A po kolejnej chwili, powietrza miałam zero absolutne. Rower z flakiem zaciagnęłam do domu, pojechałam nigdzie.
Życie. haha. yyyyyhh.
A potem, jak wyszłam, czując swoją bezradność, zachciało mi się wyć. Nad naszym losem Polaków bez koneksji, korzystających z publicznej służby zdrowia. Polska, jak ja kocham ten kraj...
Później autobus. Klima???!! Wilgotny od potu i pary wodnej, rozgrzany tarciem o siebie obcych, lepkich i ciepławych ciał ludzkich, wypełniony kwaśną mieszanką potu, dezodorantów, rozdraznienia i zniecierpliwienia. Zacisnęłam zęby i pięści, rower zostawiłam w pracy.
Potem rozpruło się granatowe niebo, wypadły z niego strugi deszcu i w lesie zrobiły błoto.
Jechałam po rower przez pol miasta, żeby wieczorem móc dołaczyć do fajnego rowerowego planu: żoliborz-młociny-łomianki, z przeprawą przez Wisłę. Zacieszałam jak głupia od tygodnia na tę jazdę. Na miejsce zbiórki dojechałam z jezykiem na chodniku, schlapana, ale udało się, zdązyłam. Chwilę póxniej okazało się, ze w tylnim kole mam powietrza tyle co nic. A po kolejnej chwili, powietrza miałam zero absolutne. Rower z flakiem zaciagnęłam do domu, pojechałam nigdzie.
Życie. haha. yyyyyhh.
Subskrybuj:
Posty (Atom)