Wczoraj wieczorem wkładam w przedpokoju trampki, Anka:
-Kasia wychodzisz? Uważaj na gawrony, bo mnie wczoraj zaatakował jeden. Podleciał do mnie i nad głowa zaczął się trzepotać.
Ania druga:
-No, a przed wczoraj pijaka przed sklepem dwa dopadły. Uważaj faktycznie.
Extra..Perspektywa wyborna. O ile zwierzęta wszelakie kocham, to gawrony jakoś mnie nie urzekają swoja historią. Patrzą na mnie tak dziwnie podejrzliwie jak przechodzę obok, wielkimi zakrzywionymi dziobami, zawsze w stadzie, do tego czarne jak diabły... Oczywiście największe podziękowania dla pana Hitchcocka, po mistrzowsku mnie naznaczył
Ubrałam kurtkę z kapturem na wszelki wypadek. Nikt mnie jednak nie napadł.
Gdy piszę te słowa, za oknem porykują gawrony pochowane w koronach drzew. Brr...
Mam nadzieje, że dalszego ciągu tej historii nie będzie.
Gdybym miała ogon to dzisiaj byłby koci. A kot taki, który niby spokojnie śpi, ale oczy ma tylko wpółprzymknięte, ogon sztywny, twardy, napięty, nerwowo nim porusza zawijając z boku na bok, uderzając się po żebrach. Kociarze wiedzą, że znaczy to, ze kot ma bardzo zły dzień.
Nie pomogła paczka wafelków kakaowych. Nie pomógł spacer. Może kąpiel? Gorąca woda, w pianie, z muzika, koktajl z bananem (magnez)... Brzmi kojąco. Let's try..
Aha, dzisiaj jest ostatni dzień mojej próby. To znaczy, na początku miesiąca, mój menager podjął ze mną trudną dla mnie rozmowę i oznajmił, że jeśli w maju wciąż będą skargi na mnie ze strony kierownika, to spożytkują mnie gdzie indziej. Tak powiedział.
czwartek, 31 maja 2012
środa, 30 maja 2012
Dużo czytam ostatnio. Pomyślałem, że trochę nie zdołałem wydorośleć, że wciąż jestem dzieckiem, małym chłopcem, który wychodzi z domu i obojętnie, w która stronę pójdzie, dzieje się coś w rodzaju cudu. Znalezione u Stasiuka.
Mam tak samo.
Co więcej, nabieram przekonania, że gdy wychodzę z tego domu sama, gdy sama się wałęsam, dzieją się cuda jeszcze większe.
Na początku było mi smutno, że tak sama chodzę, biedna Kat, po co Ci to, wracaj, ale zaczęłam rozumieć, że samej jest inaczej, że można więcej przez to. Raz, że nie tracę swoich pomysłów tylko dlatego, że komuś innemu się nie chce, nie widzi, nie ma ochoty. Mogę próbować mocy swojej intuicji, mogę zawrócić, zrezygnować, znienacka zmienić kierunek. Nikt nie druzgocze moich spostrzeżeń, zachwytów, nie ziewa gdy ja w stanie pobudzenia.
Po pracy rzadko kiedy wracam od razu do domu. Wałęsam się po mieście. Sama. Warszawa jest pełna niespodzianek. Jest coraz coraz.
Wymyślam sobie na przykład, to teraz na Chmielną. Dlaczego? Nie wiem, bo mam ochotę. Idę sobie jedną z najbardziej lansiarskich ulic Wawy, w swojej kompletnie nielansiarskiej kiecce, za chwilę odbijam w boczną uliczkę, przechodzę wielką bramę i napotykam widok jakby z całkiem innego filmu. Wielkie, rozłożyste drzewa, stare kamienice, cisza, leżaki na chodniku, Wrzenie Świata, ulubiłam sobie natychmiast.
Nie boje się chodzić sama. Nie czuję się z tym źle. Biorę zazwyczaj aparat, chyba w ten sposób ze sobą gadam. Widzę coś i zamiast komuś o tym opowiedać, cyk.
Zauważam, ze samotny działa jak magnes, przyciąga niezwykłe miejsca, zdarzenia, ludzi. Albo w drugą stronę. Ppewnie dlatego, że samotność nie jest naturalnym stanem, że szuka rozładowania.
Widzę jak ta moja samotność działa na innych. Z jednej strony wzbudza ciekawość, chyba wydaję się bardziej interesująca, przecież nie mogę być sama bez powodu, nad jakim projektem pracujesz? - ostatnio zostałam zagadnięta. Z drugiej budzi pewien rodzaj współczucia, sama, pewnie Ci smutno, może jakos można Ci pomóc? Wzbudza podejrzenia, ale tez ośmiela, nomen głównie mężczyzn, podchodzą, mówią, jesteś piękna, co tu robisz, gdzieś już Cie widziałem... Mhmm.
środa, 23 maja 2012
Piękna pogoda, pięęękna.
Wiatr poskramia palące słońce, pogoda iście żeglarska..Oczywiście marzą się w takiej chwili żagle, kadłuby, fale mazurskie...Wrzesień niedługo, ciekawe czy Mazury jeszcze się dzieją? Chociaż pewnie, nawet jeśli się dzieją to i tak w składzie skromniejszym...Dudziaki w Porto, Buszki z Lolem w krainie szczęśliwości...Może Pietia? Gris? Skowronki? Muszę podpytać organizatorów.
Poranny prysznic był za to lodowaty. Dobrze, że ciepłownia wybrała bystro odpowiedni dzień na swoje remonty.
Zbieram się do pracy na 14, więc czasu niewiele. Za to wczoraj miałam wolne, dzień był równie piękny więc wycisnęłam z niego tyle przyjemności, że mam jej dużo w zapasie, na dzisiaj.
Włóczyłyśmy się z Anią, moją współlokatorką od reklamy, po Żoliborzu, szperałyśmy w bibliotece, potem wylegiwałyśmy się z książkami na Kępie nie czytając ich tylko gadając gadając..Potem zaserwowałam sobie pyszny, zimny chłodnik, przysnęłam na momencik, napoczęłam Leksykon Szczęśliwych Podróży wyprawą do Afryki, ale nie porwało więc otworzyłam Wyznania Pilcha i tu już było dobrze...
A nocą już, dostałam wiadomość, że Chris oznaczył mnie na kilku zdjęciach więc jeszcze, choć już przysypiałam, postanowiłam rzucić okiem i, a jakże, skończyło się tak, że zanurzyłam się w te jego foto opowieści o przygodach w Grecji na dłuższy czas..
Swoja drogą niezłych wariatów poznałam pewnego dnia, Kanadyjczyk, Francuz i rasowy Anglik, wrócę do tego innym razem.
A teraz... Almi czeka.
Wiatr poskramia palące słońce, pogoda iście żeglarska..Oczywiście marzą się w takiej chwili żagle, kadłuby, fale mazurskie...Wrzesień niedługo, ciekawe czy Mazury jeszcze się dzieją? Chociaż pewnie, nawet jeśli się dzieją to i tak w składzie skromniejszym...Dudziaki w Porto, Buszki z Lolem w krainie szczęśliwości...Może Pietia? Gris? Skowronki? Muszę podpytać organizatorów.
Poranny prysznic był za to lodowaty. Dobrze, że ciepłownia wybrała bystro odpowiedni dzień na swoje remonty.
Zbieram się do pracy na 14, więc czasu niewiele. Za to wczoraj miałam wolne, dzień był równie piękny więc wycisnęłam z niego tyle przyjemności, że mam jej dużo w zapasie, na dzisiaj.
Włóczyłyśmy się z Anią, moją współlokatorką od reklamy, po Żoliborzu, szperałyśmy w bibliotece, potem wylegiwałyśmy się z książkami na Kępie nie czytając ich tylko gadając gadając..Potem zaserwowałam sobie pyszny, zimny chłodnik, przysnęłam na momencik, napoczęłam Leksykon Szczęśliwych Podróży wyprawą do Afryki, ale nie porwało więc otworzyłam Wyznania Pilcha i tu już było dobrze...
A nocą już, dostałam wiadomość, że Chris oznaczył mnie na kilku zdjęciach więc jeszcze, choć już przysypiałam, postanowiłam rzucić okiem i, a jakże, skończyło się tak, że zanurzyłam się w te jego foto opowieści o przygodach w Grecji na dłuższy czas..
Swoja drogą niezłych wariatów poznałam pewnego dnia, Kanadyjczyk, Francuz i rasowy Anglik, wrócę do tego innym razem.
A teraz... Almi czeka.
sobota, 19 maja 2012
Jak piątkowy wieczór spędza Niepokorny Przybysz z Zachodniego Południa, Niestrudzony Zdobywca Stolicy, Człowiek Wilk i Puma w jednym??
Zasunęłam kratę w Almi o 22,20, naciągnęłam kaptur bo tu wietrzno i chłodno, popłynęłam do metra mocując się z myślą, że może by w Pubie Warszawa spróbować nawiązać jakieś, być może fascynujące znajomości na resztę życia. Ale.. przypomniałam sobie, że przecież racjonalne gospodarowanie środkami finansowymi pozostałymi do 10-go przyszłego miesiąca ogranicza mój dzienny budżet do 17 polskich złotych. Wcale nie żartuję. Cóż, bycie Zdobywcą Stolicy może się wydawać przyjemnym zajęciem. Rzeczywistość jednak, skrzeczy a często nawet pogwizduje, ba w oczy się śmieje cwaniutka.
Zatem wybrałam wersję skrojoną na miarę możliwości. Metrem, dzisiaj hałaśliwym, ludnym, podnieconym piątkowa nocą przemieściłam się jak krecik do Pl.Wilsona, w sklepie nocym kupiłam namiastkę dzikiej Afryki w postaci opakowania chipsów Chakalaka (Smak Afryki) oraz surogat wilgotnej Puszczy Białowieskiej, w której rysie pędzelkami malują pejzaże, sóweczki zadzierają ogony, a łosie inochodem uganiają się za żubrami...Żubra znaczy się w puszce kupiłam po czym udałam się na ławkę w parku nad kanałkiem zwanym Kępą Potocką, słynącym ze swej malowniczości i walorów joggingowych, otworzyłam ją, zapaliłam papierosa, bo wciąż przy alkoholu palę i ...zamyśliłam się.
Po czym zrobiło mi się okrutnie wesoło, gdy uzmysłowiłam sobie, że oto siedze sobie z paczkąa chipsów i puszka bro w parku, sama i kopcę papieroska, beztrosko i nie muszę nic.
A potem wesołość zaczęła trochę gorzknieć...Mam trzydzieści lat z malutką górką a nic lepszego do roboty w ten piatkowy wieczór w zasadzie nie mam.
A potem zrobiło mi sie smutno.I zatęskniłam do wieczorów, których magia zaczynała się i kończyła na bliskości i porozumieniu z ludźmi, z którymi samo samo się gada, samo się śpiewa, się słucha, się dzieje samo..
A potem zrobiło mi się zimno i poszłam do domu.
Kończę rozmowę z żubrem i czuję, że przydałby sie jakis jego koleżka, bo taki dialog troszkę malizną pachnie, jak to mawiał przy wyrębie lasu pewien drwal...
Idę zapalić.
Niepokorny Zdobywca Stolicy czuje, ze musi zdjąć na chwilę magiczną pelerynę i popływać nago w pustym jeziorze.
Słodkich snów..
Zasunęłam kratę w Almi o 22,20, naciągnęłam kaptur bo tu wietrzno i chłodno, popłynęłam do metra mocując się z myślą, że może by w Pubie Warszawa spróbować nawiązać jakieś, być może fascynujące znajomości na resztę życia. Ale.. przypomniałam sobie, że przecież racjonalne gospodarowanie środkami finansowymi pozostałymi do 10-go przyszłego miesiąca ogranicza mój dzienny budżet do 17 polskich złotych. Wcale nie żartuję. Cóż, bycie Zdobywcą Stolicy może się wydawać przyjemnym zajęciem. Rzeczywistość jednak, skrzeczy a często nawet pogwizduje, ba w oczy się śmieje cwaniutka.
Zatem wybrałam wersję skrojoną na miarę możliwości. Metrem, dzisiaj hałaśliwym, ludnym, podnieconym piątkowa nocą przemieściłam się jak krecik do Pl.Wilsona, w sklepie nocym kupiłam namiastkę dzikiej Afryki w postaci opakowania chipsów Chakalaka (Smak Afryki) oraz surogat wilgotnej Puszczy Białowieskiej, w której rysie pędzelkami malują pejzaże, sóweczki zadzierają ogony, a łosie inochodem uganiają się za żubrami...Żubra znaczy się w puszce kupiłam po czym udałam się na ławkę w parku nad kanałkiem zwanym Kępą Potocką, słynącym ze swej malowniczości i walorów joggingowych, otworzyłam ją, zapaliłam papierosa, bo wciąż przy alkoholu palę i ...zamyśliłam się.
Po czym zrobiło mi się okrutnie wesoło, gdy uzmysłowiłam sobie, że oto siedze sobie z paczkąa chipsów i puszka bro w parku, sama i kopcę papieroska, beztrosko i nie muszę nic.
A potem wesołość zaczęła trochę gorzknieć...Mam trzydzieści lat z malutką górką a nic lepszego do roboty w ten piatkowy wieczór w zasadzie nie mam.
A potem zrobiło mi sie smutno.I zatęskniłam do wieczorów, których magia zaczynała się i kończyła na bliskości i porozumieniu z ludźmi, z którymi samo samo się gada, samo się śpiewa, się słucha, się dzieje samo..
A potem zrobiło mi się zimno i poszłam do domu.
Kończę rozmowę z żubrem i czuję, że przydałby sie jakis jego koleżka, bo taki dialog troszkę malizną pachnie, jak to mawiał przy wyrębie lasu pewien drwal...
Idę zapalić.
Niepokorny Zdobywca Stolicy czuje, ze musi zdjąć na chwilę magiczną pelerynę i popływać nago w pustym jeziorze.
Słodkich snów..
piątek, 18 maja 2012
Styczeń, luty na ul.Marii Grzegorzewskiej. Zanurzałam się pod ziemię na stacji Imielin i traciłam kontakt ze światem na powierzchni na plus minus 20 min. Gdyby gdyby z nieba zaczęły spadać żaby a Syrenka zeszła z cokołu, nie miałabym o tym pojęcia. I to jest strasznie dziwne uczucie, które towarzyszy mi od początku. Było jeszcze inne, nazwałabym je...Ciekawością eksploratora. No, czułam się, do diabła wciąż czuje się jak w podróży. Myślę sobie, nie chciałabym stracić tego punktu widzenia rzeczy już nigdy.
Wejście do podziemii metra to jest tak jakby ktoś na chwile zaciemniał mi oczy przepaską, nie mówiąc co czeka mnie tam, dokąd zmierzamy. Pojawia się ciekawość, oczekiwanie... Wreszcie ktoś znowu odsłania mi oczy, wychodzę po schodkach na górę...Kawałek po kawałku wydłużają się części czegoś, co zaczyna nabierać kształtów konkretnych a potem pojawia się reszta, otoczenie, obracam się, rozglądam, oddycham świeżym powietrzem. Aha, więc to tutaj wylądowałam, co my tutaj mamy...
Mam chyba lekkiego metrowego hyzia. Wyobraźnia przełącza mi się na tryb "on". Czasem wskakuję w jakiś autystyczny świat autystycznych ludzi, unikaczy spojrzeń i interakcji.
Innym razem wskakuję w kompletnie odjechany surrealistyczny klimat...Z ludźmi zwisającymi jak leniwce z rurek do trzymania się, czytającymi magazyny, wyglądającymi ciekawie spod siedzeń i obwąchującymi siedzących nieświadomych niczego...Kolorowo jest, parno..Wchodzi wielki słoń, przeciska się, wszyscy wzdychają, rozkładają parasole, a on zaczyna się posypywać piaskiem, wachlować uszami, ci bez parasoli mają wszędzie piasek, furkają na niego złowrogo otrzepując garnitury...
Wejście do podziemii metra to jest tak jakby ktoś na chwile zaciemniał mi oczy przepaską, nie mówiąc co czeka mnie tam, dokąd zmierzamy. Pojawia się ciekawość, oczekiwanie... Wreszcie ktoś znowu odsłania mi oczy, wychodzę po schodkach na górę...Kawałek po kawałku wydłużają się części czegoś, co zaczyna nabierać kształtów konkretnych a potem pojawia się reszta, otoczenie, obracam się, rozglądam, oddycham świeżym powietrzem. Aha, więc to tutaj wylądowałam, co my tutaj mamy...
Mam chyba lekkiego metrowego hyzia. Wyobraźnia przełącza mi się na tryb "on". Czasem wskakuję w jakiś autystyczny świat autystycznych ludzi, unikaczy spojrzeń i interakcji.
Innym razem wskakuję w kompletnie odjechany surrealistyczny klimat...Z ludźmi zwisającymi jak leniwce z rurek do trzymania się, czytającymi magazyny, wyglądającymi ciekawie spod siedzeń i obwąchującymi siedzących nieświadomych niczego...Kolorowo jest, parno..Wchodzi wielki słoń, przeciska się, wszyscy wzdychają, rozkładają parasole, a on zaczyna się posypywać piaskiem, wachlować uszami, ci bez parasoli mają wszędzie piasek, furkają na niego złowrogo otrzepując garnitury...
Nosiłam się z tym zamiarem odkąd przyjechałam do Wawy.
Chociaż nie..nie było tak, a w zasadzie niezupełnie. Na początku zwierzątko musiało się chociaż wstępnie oswoić, chociaż odrobinę przyzwyczaić..Pamiętam, jeszcze pod koniec lutego myślałam, jakie to dziwne, wciąż mam wrażenie, jakbym przyjechała na szkolenie, z wizytą, na wycieczkę. Ba, ja wciąż trzymałam pokój we Wro bez pomysłu co z nim począć. Niech czeka, przecież może mi się nie spodobać, nie udać ( to bardziej), a drugiego takiego, z widokiem na cyprysy to przecież na pewno nie znajdę.
A przyjechałam w styczniu, 3-go dnia 2012 roku. 4-go o 12:40 zaczął sie mój pierwszy dzień w nowym miejscu pracy.
A zamieszkałam u Pilota. Kochanego, dobrego Pilota, który po przyjęciu ode mnie newsa o przeprowadzce powiedział, że mi pomoże. Mówił, ze wie, początki zawsze są trudne i straszne tym bardziej w nowych miejscach, w których pojawiamy sie całkiem znienacka i całkiem sami.
Gdyby nie on, to pewnie wypiłabym cały zapas win w Stolicy i przymarzła przyklejona z jednej strony do słuchawki telefonu a z drugiej do tlącego się papierosa. Na Boga, przecież byłabym całkiem sama w całkiem obcym mieście, daleko od całkowicie wszystkich moich bliskich. Byłabym chyba usprawiedliwiona.
Zatem 3 stycznia wpakowałam sie z walizą wielką jak lodówka, do mieszkania wynajmowanego przez Pilota i jego znajomego z czasów studiów. To był czas oswajania się z Wawą głównie przez okno, w drodze do i z pracy, spod koca i znad grzańca. Było i smieszno i straszno, jak to bywa..
.
A zamieszkałam tu.
Chociaż nie..nie było tak, a w zasadzie niezupełnie. Na początku zwierzątko musiało się chociaż wstępnie oswoić, chociaż odrobinę przyzwyczaić..Pamiętam, jeszcze pod koniec lutego myślałam, jakie to dziwne, wciąż mam wrażenie, jakbym przyjechała na szkolenie, z wizytą, na wycieczkę. Ba, ja wciąż trzymałam pokój we Wro bez pomysłu co z nim począć. Niech czeka, przecież może mi się nie spodobać, nie udać ( to bardziej), a drugiego takiego, z widokiem na cyprysy to przecież na pewno nie znajdę.
A przyjechałam w styczniu, 3-go dnia 2012 roku. 4-go o 12:40 zaczął sie mój pierwszy dzień w nowym miejscu pracy.
A zamieszkałam u Pilota. Kochanego, dobrego Pilota, który po przyjęciu ode mnie newsa o przeprowadzce powiedział, że mi pomoże. Mówił, ze wie, początki zawsze są trudne i straszne tym bardziej w nowych miejscach, w których pojawiamy sie całkiem znienacka i całkiem sami.
Gdyby nie on, to pewnie wypiłabym cały zapas win w Stolicy i przymarzła przyklejona z jednej strony do słuchawki telefonu a z drugiej do tlącego się papierosa. Na Boga, przecież byłabym całkiem sama w całkiem obcym mieście, daleko od całkowicie wszystkich moich bliskich. Byłabym chyba usprawiedliwiona.
Zatem 3 stycznia wpakowałam sie z walizą wielką jak lodówka, do mieszkania wynajmowanego przez Pilota i jego znajomego z czasów studiów. To był czas oswajania się z Wawą głównie przez okno, w drodze do i z pracy, spod koca i znad grzańca. Było i smieszno i straszno, jak to bywa..
.
A zamieszkałam tu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)