piątek, 18 maja 2012

Nosiłam się z tym zamiarem odkąd przyjechałam do Wawy.
Chociaż nie..nie było tak, a w zasadzie niezupełnie. Na początku zwierzątko musiało się chociaż wstępnie oswoić, chociaż odrobinę przyzwyczaić..Pamiętam, jeszcze pod koniec lutego myślałam, jakie to dziwne, wciąż mam wrażenie, jakbym przyjechała na szkolenie, z wizytą, na wycieczkę. Ba, ja wciąż trzymałam pokój we Wro bez pomysłu co z nim począć. Niech czeka, przecież może mi się nie spodobać, nie udać ( to bardziej), a  drugiego takiego, z widokiem na cyprysy to przecież na pewno nie znajdę.
A przyjechałam w styczniu, 3-go dnia 2012 roku. 4-go o 12:40 zaczął sie mój pierwszy dzień w nowym miejscu pracy.
A zamieszkałam u Pilota. Kochanego, dobrego Pilota, który po przyjęciu ode mnie newsa o przeprowadzce powiedział, że mi pomoże. Mówił, ze wie, początki zawsze są trudne i straszne tym bardziej w nowych miejscach, w których pojawiamy sie całkiem znienacka i całkiem sami.
Gdyby nie on, to pewnie wypiłabym cały zapas win w Stolicy i przymarzła przyklejona z jednej strony do słuchawki telefonu a z drugiej do tlącego się papierosa. Na Boga, przecież byłabym całkiem sama w całkiem obcym mieście, daleko od całkowicie wszystkich moich bliskich. Byłabym chyba usprawiedliwiona.

Zatem 3 stycznia wpakowałam sie z walizą wielką jak lodówka, do mieszkania wynajmowanego przez Pilota i jego znajomego z czasów studiów. To był czas oswajania się z Wawą głównie przez okno, w drodze do i z pracy, spod koca i znad grzańca. Było i smieszno i straszno, jak to bywa..
.






A zamieszkałam tu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz