Styczeń, luty na ul.Marii Grzegorzewskiej. Zanurzałam się pod ziemię na stacji Imielin i traciłam kontakt ze światem na powierzchni na plus minus 20 min. Gdyby gdyby z nieba zaczęły spadać żaby a Syrenka zeszła z cokołu, nie miałabym o tym pojęcia. I to jest strasznie dziwne uczucie, które towarzyszy mi od początku. Było jeszcze inne, nazwałabym je...Ciekawością eksploratora. No, czułam się, do diabła wciąż czuje się jak w podróży. Myślę sobie, nie chciałabym stracić tego punktu widzenia rzeczy już nigdy.
Wejście do podziemii metra to jest tak jakby ktoś na chwile zaciemniał mi oczy przepaską, nie mówiąc co czeka mnie tam, dokąd zmierzamy. Pojawia się ciekawość, oczekiwanie... Wreszcie ktoś znowu odsłania mi oczy, wychodzę po schodkach na górę...Kawałek po kawałku wydłużają się części czegoś, co zaczyna nabierać kształtów konkretnych a potem pojawia się reszta, otoczenie, obracam się, rozglądam, oddycham świeżym powietrzem. Aha, więc to tutaj wylądowałam, co my tutaj mamy...
Mam chyba lekkiego metrowego hyzia. Wyobraźnia przełącza mi się na tryb "on". Czasem wskakuję w jakiś autystyczny świat autystycznych ludzi, unikaczy spojrzeń i interakcji.
Innym razem wskakuję w kompletnie odjechany surrealistyczny klimat...Z ludźmi zwisającymi jak leniwce z rurek do trzymania się, czytającymi magazyny, wyglądającymi ciekawie spod siedzeń i obwąchującymi siedzących nieświadomych niczego...Kolorowo jest, parno..Wchodzi wielki słoń, przeciska się, wszyscy wzdychają, rozkładają parasole, a on zaczyna się posypywać piaskiem, wachlować uszami, ci bez parasoli mają wszędzie piasek, furkają na niego złowrogo otrzepując garnitury...
no pieknie sie kochana rozpisujesz :)
OdpowiedzUsuńa w metrze to ja tez wpadam zawsze w jakis taki letarg, a buzia sie rwie do ziewanie niemal z automatu.