niedziela, 1 lipca 2012

Coś, rzecz, relacja, sytuacja dobiega końca, zostają trzy dni, dwa i wtedy dzieją się najwspanialsze chwile. Najszczersze, najbardziej w głąb. Wiecie o co chodzi? Żart pociąga kolejny, ten odpowiada mu przekornie, następny i kolejny, kula staje się coraz większa, toczy się, swobodnie, z łoskotem śmiechu, z patrzeniem sobie w oczy, a w nich iskry.  Rozmawia się inaczej. Nadchodzi czas pożegnań i uczucie, jak nigdy wcześniej, że łączyło nas coś podskórnie.To poczucie nabiera odwagi, staje się rzeczywistością i już nie zniknie. Nawet w przypadku najbardziej zacietrzewionych, tych do których nam najdalej okazuje się, że energia  ostatnich wspólnych chwil potrafi oczyścić pole widzenia, odsłonić wrażliwe koniuszki neuronów. Zdmuchuje maski, skraca dystanse. Tak jakby docierało, że to ostatnia szansa by pobyć ze sobą, by spleść się długimi ogonami na końcach których pulsuje prawdziwa potrzeba bycia blisko siebie.
Jutro ostatni dzień w Almi, uwalniają się emocje niezwykłe. Zajęło nam pół roku, by nauczyc sie współpracy. A okres próbny, ktoś, nie wiem kto i dlaczego ustalił, generalnie, na 3 miesiące. Bull shit.

Czuję jak zmienia się moje serce. I nie gadam tu o wpływie ostatnich chwil z Almi, ale o wpływie wszystkiego co się dzieje od mniej więcej 2 lat.
Bóg łamie Ci serce tak długo aż je otworzysz, przeczytałam dzisiaj. Mój Bóg nie daje mi spokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz