Obudziłam się niedawno w marnym samopoczuciu się.Nie chce mi się niczego, nie mam entuzjazmu, nie mam siły. Myślę, zrobię kawę słodka, z mlekiem, która zawsze zmiękcza ostre kontury świata widzianego takim słabym okiem, ale ktoś chodzi po kuchni, a nie mam ochoty na spotkanie, bo co powiem, dzień dobry, skoro nie jest dobry?
Poczekam aż Ania się schowa w swoim pokoju i wtedy poskradam się chyłkiem do czajnika. Nie lubię tych swoich strachów, ale są, i będą zawsze, w bardziej lub mniej przewidywalnym momencie, trzeba umieć się nimi zająć, czasem czule napoić słodkim mlekiem, nakarmić malinami z cukrem, albo pozwolić, żeby ktoś je ze mnie wykołysał. Innym razem wolę, żeby bez tych ckliwości po prostu trzeźwym słowem i śmiechem przegnać je, poironizować, ponabijać się i tak złapać dystans. A dystans i poczucie humoru to klucz do uchwycenia stanu równowagi. Niestety samemu trudniej, z wrażliwym ironistą obok, zdecydowanie łatwiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz