niedziela, 5 sierpnia 2012

No więc wyjechałam, znowu. Przesiedziałam, we Wrocławiu prawie miesiąc, z jakąś małą przerwą, czyli cudownie długo. Dobrze mi to robiło gdy tam byłam. Rower, znajomi, przyjaciele, rodzina, spotkania, imprezy. Nawet udało mi się odrobinkę zakochać. Odrobinkę?
Nie trzeba było wiele. Stało się to, hmm, chcąc nie chcąc.Wystarczyło przypadkowe spotkanie, jedna noc, ławka w parku, perłowy świt, gadu gadu, pocałunki.
Potem druga, namiętna, pięęękna i trochę czasu razem.
Argumentów na to by uważać było kilka, moja niezawodna głowa podrzucała je jak piłeczki golfowe.
Ale, czy ja kiedykolwiek, kogokolwiek słuchałam?
Zbyt odważna dziewczynka, która w podstawówce biegała po dachach i skakała po drzewach nie robiąc sobie nic z zagrożenia wciąż, niezmiennie we mnie. 
Pewnie zachowywałam się dziwnie, bo byłam oczarowana, totalnie. Niesamowite było to, że patrząc jak żyje, co ma do powiedzenia, co lubi, jak się śmieje, jak wygląda coraz szybciej trzepotała we mnie myśl - niesamowite, że podobał mi się zawsze, ot tak, choć nie znałam Go prawie wcale, a tu proszę, Jego świat, tak samo, po prostu mi pasuje. Że On tak mi pasuje. Że mogłabym, że czuję to w sobie, że to miałoby sens.
Koniec końców, zrobiłam z siebie kretynkę. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Całe szczęście udało nam się przegadać temat, nie ma niepewności, nieporozumień, wiem, że nic z tego nie będzie, trochę łez wypłakanych, wino, plaster opatrunkowy.
Pozostaje przyjąć. Moje życie boli. Już się tego nauczyłam i nie oczekuję zbyt wiele.
Tak już jest, tak niestety kurwa bywa, że Ci, których chcemy chcą kogoś innego.

Natala by mi powiedziała co na to nauki Buddy, muszę zapytać. Póki co, stosuje własne metody. Można by je nazwać, powiedzmy, mało ekologicznymi. Ale za to maja dużą skuteczność. Oddalają.

Wymyśliłam także, że skoro w miłości,  no nie wiedzie mi się, skupie się na innych aspektach rzeczywistości.
Po pierwsze Warszawa jest fajna bo jest 350 km od Wrocławia i na pewno nie spotkam Go z jakąś nową koleżanką całujacych się pod drzewem. To pierwszy ze sposobów na niechęć do tego miasta. Zgrabnie wymyśliłam, powinnam być dumna?
Po drugie. Mam TU znajomych, o których całkiem zapomniałam. Czas te kontakty odświeżyć, albo zawiązać na nowo. Przecież nie mogę być wiecznie takim samotnym dzikusem. I zaznaczam, słowa w czyn, to już się dzieje.
Kolejna rzecz. Jest coś  w czym jeszcze nie zaczęłam dłubać, ale wokół czego znowu zaczęłam krążyć. By móc się nad tym pochylić potrzebuje skupienia i ,no niestety, kurwa, INSPIRACJI. I tu kłania się kolejny pozytyw Warszawy. Gdzie powstawały największe dzieła tego świata? Gdzie Wena wpada nieproszona? Na wygnaniu, w podróży, daleko od domu! Hemingway, Gombrowicz, Nabokov, Strawiński, Picasso, bądźcie moimi dobrymi duchami. Albo złymi dręczącymi dopóty nie załatwię tej sprawy. Wiadomo przecież o co chodzi. Pisać nie trzeba.
No i ostatnia rzecz. Aktywność. Za tym tęsknię, tego potrzebuję, lepiej się czuję gdy robię sport.( Robię sport? Kwiatkowska, co ci po głowie chodzi, dziecino.. ) Pod nosem mam basen, ścianę, stadninę, Wisłę, nic tylko korzystać. Słowa w czyn, to też już się dzieje.
Skończę później. Gombrowicz krzyczy, ze znowu nie piszę tego, co powinnam, a pisze od ok 30 min.
 Musze się go słuchać, bo inaczej pewnie dostanę łydką po gębie :*



.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz